czwartek, 2 sierpnia 2018

Laura i Filon... Ach! Co to był za ślub! ("Pryncypium" Melissa Darwood)

Znalezione obrazy dla zapytania pryncypium książkaBoże... Dosadnie się muszę wypowiedzieć, bo jestem NIEZADOWOLONA. Ja wiem, że fantastyka rządzi się swoimi prawami. Mało! Mnie się nawet wydaje, że ja- tak pi razy drzwi, ale jednak- kumam ten gatunek. I już miałam całkiem nie dawno do czynienia z takim skądinąd egzotycznym połączeniem swojskości z fantastycznością ("Śmieciowisko"), ale ta książka to niestety kolejny przykład źle wykorzystanego potencjału...

Stwierdzam to z najwyższą przykrością, bo cenię takie innowacyjne pomysły, ale to nie jest dobrze skonstruowana opowieść. Chociaż... Może nie tyle chodzi o konstrukcję w wymiarze technicznym, co o aspekty stylistyczne. Jak dla mnie ta mieszanka to już za dużo. Ale o tym później.

Historia to bardzo oryginalna. Koncepcja połączenia w ludzkiej duszy trzech antagonistycznych sił: Nomen (imię), Ipsum (odruch psychiki), Lokum (impuls ciała) i skupienie się na wewnętrznych rozterkach, targanego nimi człowieka- jak najbardziej na ogromny plus. Osadzenie akcji w polskich realiach również jest czymś fajnym. Bohaterowie mogą być... Średnio dopracowane charakterystyki, ale okej, to by przeszło. W końcu mamy do czynienia z literaturą młodzieżową, autorka jest młoda i wyraźnie skłania się ku "romantyczności" (w tej odrobinę przesłodzonej wersji...), więc pewne schematy trzeba po prostu zaakceptować. Jednakowoż cała stworzona przez nią alternatywna rzeczywistość jest faktycznie szalenie ciekawa. Śledziłam uważnie akcję, poznawałam nowe fakty o tym przedziwnym świcie Laufrów,  Hermanów, Septyki  i w ogóle całego Pryncypium. ŚWIETNA ROBOTA! W dobie kalkowania wszystkiego taka wyobraźnia to rarytas. Główna oś opowieści, na której opiera się cała fabuła, możenie nie jest szczególnie nowatorska, ale to akurat zupełnie nie przeszkadza w odbiorze.

Forma też niezła. Nie, żeby była jakoś wybitnie dobra. Ale poziom poprawny w zupełności nam tu wystarczy. Nie oczekujemy przecież Bóg wie czego! Sprawnie, zgrabnie, hmm... Ładnie? Brzmi baaardzo nieprofesjonalnie, ale trudno. Ładnie jest.

Ładnie jest... do momentu, kiedy górę bierze owa odautorska "romantyczność". Następuje to gdzieś w połowie długości. I ja się w tym miejscu dosłownie odbiłam od tej opowieści. Opis krowiego (albo koziego- nie pamiętam, bo nie mogła ogarnąć, co się tak właściwie dzieje!) porodu, wprawiła mnie w osłupienie. A potem to już z górki. Cudowna metamorfoza głównego bohatera, miłość wszechogarniająca- OLUKROWANA. Jakaś pokraczna wersja Pięknej i Bestii. CHAOS.

Nie często mi się to zdarza, ale brak mi słów. Zakończenie poraża swoim miłosnym wydźwiękiem. Fantastyka i magia gubią się gdzieś w wiejskim polu, pomiędzy łanami zbóż. Aż chce się zanucić:

Już miesiąc zeszedł, psy się uśpiły,
I coś tam klaszcze za borem.
Pewnie mnie czeka mój Filon miły
Pod umówionym jaworem.

Nie będę sobie warkocz trefiła,
Tylko włos zwiążę splątany;
Bobym się bardziej jeszcze spóźniła,
A mój tam tęskni kochany.

Wezmę z koszykiem maliny moje
I tę plecionkę różowę;
Maliny będziem jedli oboje,
Wieniec mu włożę na głowę.

Prowadź mię teraz, miłości śmiała!
Gdybyś mi skrzydła przypięła!
Żebym najprędzej bór przeleciała,
Potem Filona ścisnęła! 

.... Itd.... Proszę zanucić ze mną i przystąpić do czytania:), może jestem już po prostu za stara, żeby mnie "romantyczność" oczarowaną uczyniła...

sobota, 20 stycznia 2018

Gdy cisza wzmaga niepokój, a nieznane wpełza pod łóżko...(Arek Borowik "Z góry widać tylko nic")

Znalezione obrazy dla zapytania z góry widac tylko nicTak to już jest, że czasem sięgamy po książkę w celach krystalicznie rozrywkowych. Po to są książki,  myślę sobie. A ta wydawała się taka niepozorna. Lekka humoreska, funkcja prześmiewcza, przedmiot opisu- ludzkie namiętności. Interesująca forma powieści szkatułkowej, naśladująca schematy znanych bajek, mogła się udać bądź nie. Reinterpretacja nie jest niczym odkrywczym. Ale zaintrygował mnie tytuł oraz postać głównego bohatera. "Z góry widać tylko nic"? Co to jest to "nic" i kto tam patrzy z tej góry? Co ma do powiedzenia nieudolny, leniwy pracownik korporacji, o wdzięcznym nazwisku Strawiński, który większą część dnia spędza śpiąc pod swoim biurkiem, przytulony do kaloryfera?

Otwieram... A tam bomba. Zapakowana w kolorowy, ozdobny papier, w deseń z uśmiechniętych emotków. Odwijasz, patrzysz, przewracasz oczami- bo niby o co chodzi??? I nagle, nieoczekiwanie... Eksploduje. Nie od razu oczywiście. U mnie gdzieś mniej więcej w połowie, czyli pod koniec pierwszej opowieści Strawińskiego. Dopiero wówczas ogarnęłam o czym jest tu mowa i jak złudna jest ta lekka, niezobowiązująca forma.

Jeden to kupi, drugi nie. Ja kupiłam bardzo, ponieważ cenię sobie umiejętność panowania nad językiem. A tutaj forma została złapana na lasso i okiełznana niczym dziki ogier. Każdy, kto kiedykolwiek próbował napisać coś sensownego, wie jak czasem trudno jest operować językiem w taki sposób, aby przekazać dokładnie to, co się przekazać chce i jednocześnie nadać temu komunikatowi oryginalny, foremny, ale nie schematyczny kształt. No ba! To jest trudne jak diabli. A tu język jest tak plastyczny, tak bogaty i soczysty, że... Ach! Nie mogę się nachwalić! Zwykłe okoliczności są zobrazowane niezwykle barwnie. Styl charakteryzuje się błyskotliwą metaforyką, obfituje w trafne, ale nie banalne porównania oraz epitety.

I choć sama treść nie nosi znamion odkrywczości czy nowatorstwa, to sposób opowiadania w zupełności to rekompensuje. Być może dlatego, że właśnie ta specyficzna forma nadaje zwykłym historiom nowego znaczenia, nowego wymiaru. Jakbym słyszała znaną już opowieść, a tu nagle wynurza się OBCE. Obce znaczenie, obcy kształt, obce wnioski. I mówią coś innego, pokazują palcem w zupełnie innym kierunku: "Myślałaś, że jesteś taka mądra, że tyle wiesz, że ze wszystkim jesteś w stanie sobie poradzić??? No to popatrz co się tu dzieje!". A dzieje się bardzo.

Ta książka jest mega złożona. "Z góry widać tylko nic" to przede wszystkim powieść o namiętnościach. Ale tak bardzo inna od tego co się zwykło uważać za historie o namiętnościach, że  trudno ją w ogóle z czymkolwiek porównywać. Chciwość, egoizm, gniew, żądze. Wszystko tu znajdziemy. Nie jest to w żaden sposób ukryte ani zawoalowane. Jednak konteksty, w jakich się poruszamy, sprawiają, że dopiero po głębszej analizie, uświadamiamy sobie JAKIE TO JEST WSZYSTKO MOCNE I PORAŻAJĄCE. To jak reakcja na bardzo złą wiadomość. Najpierw słyszymy, ale przyjmujemy jedynie sens literalny, żeby po chwili otrzymać mocny cios w brzuch. I nokaut.

Nie porywie nas tu akcja, ani intryga, ani żadne fabularne twisty. Zawładnie nami natomiast refleksja nad niezwykłością zwykłych sytuacji, bezradnością wobec zmian, kruchością ludzkiego życia, ułomnością naszego rozumu. Te myśli będą bardzo mroczne, przepełnione strachem, obawą, niepewnością i niedowierzaniem. I to jest ten PARADOKS- tym PARADOKSEM stoi ta książka. Ponieważ autor jest daleki od melodramatyzowania, od oceniania, od wartościowania. Jego wywód jest bardzo zrównoważony, pełen humoru, dystansu. Każda strona jest swoistym mrugnięciem oka do czytelnika, pstryknięciem palców, dobrodusznym uśmiechem. Rozmawiamy o życiu w mikro-wymiarze, o człowieku zanurzonym w rzeczywistość, której nie rozumie, która go ciągle zaskakuje, która go osacza. Ba! On sam siebie nierozumie, czasem gubi się tak bardzo, że nie ma żadnej możliwości powrotu.

Kolejnym "dodatnim plusem" (jak to mówił klasyk) są prze, prze, prześwietnie skonstruowane postaci. Jak na tak dużą ilość bohaterów, portrety są niesamowicie dopracowane, pełne, prawdziwe, intrygujące. Charakterystyka zawarta głównie w błyskotliwych dialogach  poraża trafnością, błyskotliwością, różnorodnością. I choć często pojawiają się tu elementy dość subtelnej groteski, delikatnego przejaskrawienia, czy też ironii, to nadal historia nie traci na autentyczności. Zagubieni bohaterowie miotają się zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz. Zmagają się z nieznanym, obcym, rozmytym. Gubią drogę, zapominają kim są i co właściwie tu robią. A kiedy po raz kolejny będą przebijać dno, a cisza ogarnie ich dusze, bo nie będzie już nic... być może tam na samym dole odnajdą w końcu COŚ. Może nawet będzie to sens?

Są książki, które każdy powinien przeczytać, żeby wiedzieć, co w ogóle oznacza sformułowanie "DOBRA KSIĄŻKA".  To to będzie właśnie ta książka...

poniedziałek, 8 stycznia 2018

Mam ochotę się zabić... (Monika Zajas "Autodestrukcja")

Znalezione obrazy dla zapytania AUTODESTRUKCJA ZAJASMam ochotę się zabić... z powodu tej oto książki. Ktoś to wydaje, marnuje czas, pracę, papier, pieniądze. Ktoś za to potem płaci. Następnie jeszcze musi przeczytać. Jeśli książka jest mu obojętna- to pół biedy. Ale jeśli wywołuje reakcje, takie jak powyższa- ZGROZA. Ale nie żeby to było wynikiem treści samej w sobie. Zaczęłabym się naprawdę martwić o siebie, gdyby to pseudo-psychologiczne paplando doprowadziło mnie na skraj przepaści! Ponieważ jest to po prostu niezmiernie marne paplando... I każdy lubi czasem zaznać skraju umysłowej przepaści. Ale nie umysłowej doliny!!! Jeśli jest ktoś, kto rozumie tę konwencję i chciałby mi ją objaśnić- tak, na chłopski rozum, tak dla prostego człowieka z ludu- proszę o pomoc... Chętnie zapłacę...

A ja tak tylko w paru słowach... nakreślę, co ja o tym myślę. 

Proza psychologiczna z natury swojej łatwa nie jest. Siłą tej dobrej prozy jest to, że bywa z goła niebezpieczna. Niepostrzeżenie angażuje czytelnika. Całym arsenałem środków mami jego zmysły i rozum. Budzi lęki- odżywają traumy. Budzi niepokój- bo sprawia wrażenie, ża wie dokładnie czego tak naprawdę się boimy. Dlatego nie każdy jest stworzony do czytania książek psychologicznych. I nie każdy powinien je tworzyć.

"Autodestrukcja" jest bardzo płaska. Może nie jak deska. Skłamałbym twierdząc, że nie ma w niej absolutnie niczego wartego uwagi. Bo coś tam jednak jest:P. Jakaś drzazga  się trafi od czasu do czasu. Ale nie jest to taki poziom, jakiego oczekuje nawet średnio zaawansowany czytelnik. Wiem, że książka ma wielu zwolenników, całkiem dobre recenzje na blogach i portalach tematycznych. No nie kumam tego zupełnie. Według mnie to literatura na miarę licealnych zwierzeń. Tu zbyt pompatyczna, tu znowu pretensjonalna, tam z kolej budząca śmiech i politowanie.

Same historie są nawet dobre. W innym układzie pewnie można by je uznać za całkiem ciekawe. Trzy przeplatające się wątki. Trzy zupełnie inne problemy. Jeden przewrotny finał. Tytuł chwytliwy. Kampania marketingowa wyjątkowo dobrze skrojona. Łatwo dać się wmanewrowywać, gdyż zapowiada się nadzwyczaj dobrze. A jest fatalnie.

Tak powierzchownej charakterystyki bohaterów dawno nie spotkałam na swojej czytelniczej drodze. A przecież paździerze trafiają się co i rusz. No więc, jak to możliwe? Myślę, że zadecydował kontrast pomiędzy tym czego się oczekuje po prozie psychologicznej (a oczekuje się pogłębionej analizy charakterologicznej), a tym, co nam tu zaproponowała autorka. Czy raczej, czego nam tu odmówiła... Nie zbudowała wiarygodnych postaci, nie zasygnalizowała złożoności ich osobowości, nie pokazała tego, jak skomplikowany jest proces dochodzenia do tak skrajnych sytuacji, jakie rozgrywają się w jej książce. W efekcie mamy bardzo schematyczne wizerunki, bohaterów sztucznych i nieciekawych, pomimo wszystkich tych patologicznych okoliczności, które doprowadzają ich na skraj przepaści. 

Poza tym, akcja pędzi na łeb na szyję, w efekcie czego trudno właściwie nadążyć za  rozwojem poszczególnych wątków. Nie sądzę, żeby był to zabieg celowy. Raczej kiepski warsztat. Historie są  bardzo uproszczone, okropnie skrócone, pełne absolutnie źle pojętego niedopowiedzenia. Zupełnie nowy wymiar uogólnienia. Tak się nie buduje ciekawej opowieści- tak się ją niszczy i dusi w zarodku.

Można wyróżnić raptem kilka momentów,  które istotnie zapadają w pamięć. Więc, albo autorka jest jeszcze nieoszlifowanym diamentem, albo wyszło jej to tylko przez przypadek... Sposób zobrazowania tego momentu, kiedy marzenia i ambicje przeradzają się w obsesję, przyswoiłam i cytuję z pamięci: ziarno pękło i zaczęło kiełkować... Niby nic, a jednak celnie. Ale ile tego dobra? Tyle co kot napłakał. Kolejna książka, która cierpi na "potencjalność". Potencjalnie mogłaby być dobra, gdyż potencjalnie autorka miała dobry zamysł. A ja, na ten przykład, potencjalnie mogłabym być świetną pisarką, ale umiem pisać tylko średnie recenzje... Byle potencjał wiosny nie czyni...

I ta stylistyka... rodem z taniego romansu. Nie mogę się nadziwić, że nikt nie zwrócił na to uwagi! Bardzo ciężko czyta się te proste zdania, bardzo jednokrotnie złożone (w dosłownym gramatycznym sensie). Jak szkolna czytanka, albo  ćwiczenia z gramatyki. Naszpikowane błędami różnej maści, głównie stylistycznymi, które dają po oczach. Nie ma co:(. Buntuję się na taką formę, ponieważ nie jest ona godna prawdziwej książki, prawdziwej literatury. I świadczyć może jedynie o braku respektu do czytelnika. Bo, jak mówi Katarzyna Bonda, dobra i dopracowana formalnie książka jest wyrazem szacunku i wdzięczności dla odbiorcy (czy jakoś w ten deseń- chodzi o sens, a nie o dosłowność:).

Mam wrażenie, że dano mi do odczytu krótką instrukcję autodestrukcji, a nie jej wnikliwą, twórczą analizę. Jeśli chce mi się bardziej śmiać niż rozkminiać, to raczej średnia rekomendacja... N I E   P O L E C A M!!!


czwartek, 4 stycznia 2018

U kresu samego siebie... (Charles Martin "Pomiędzy nami góry")

Trochę katastrofizmu, odrobinę dramatu, szczypta romansu, deczko melancholii... I jest książka. Ani porywająca, ani wciągająca, ani ciekawa, i tego wzruszenia, co niby miało być tak dużo, że hej, też niezbyt wiele. Ale... Chociaż fabuła tego oto dzieła jest przewidywalna do bólu, bohaterowie przeidealizowani,  a ich "śnieżna" przygoda bardzo nużąca, to jest w tym pewne, powiedzmy... "COŚ", co sprawiło, że spędziłam z nią ten cudny, mroźny dzień. I nawet zupełnie nie żałuję poświęconego czasu. I jeszcze dodam dla porządku, że to recenzja spod niechlubnego znaku !!!spoilera!!!

Nie ma co się czarować- zalatuje tu "taniością". Naprawdę. Powieść balansuje na granicy kiczowatej dramatycznej romansowości.  Mało tego. Ta romansowość jest bardzo schematyczna i niedopracowana. Na dodatek nie skleja się zupełnie z główną osią fabularną, czyli tą "przerażającą" katastrofą, która przydarzyła się bohaterom i ich walką z białym, górskim żywiołem. Jak mawia moja ulubiona wykładowczyni z socjologii: nie wiem, czy jestem teraz komunikatywna:), ale tak to właśnie odczuwam. Miłość sobie, a survival sobie...

Idealni bohaterowie zdecydowanie nie są tymi, do których można zapałać ogromną sympatią, bo... są zbyt idealni. A idealność ta bije po oczach. Piękni, młodzi, wykształceni, bogaci (stać ich na prywatny lot, także... to taki pułap bogactwa:). A kiedy nieoczekiwanie znajdują się w sytuacji bez wyjścia to oczywiście, znajdują je wbrew wszelkiej logice. Generalnie, przygoda ta odbywa się według schematy "zabili go i uciekł". Czyli tak: rozbijają się nie wiadomo gdzie, są uszkodzeni, połamani, jest bardzo zimno (jesteśmy w górach, więc jest naprawdę BARDZO ZIMNO), nie ma nic do jedzenia, nie ma nic do picia, w ogóle nie ma NICZEGO, nie mają łączności, nie mają mapy, a dookoła hasają sobie pumy. A oni jeszcze sobie żartują, i... docierają. To, że Ben jest zapalonym wspinaczem i ma za sobą doświadczenia w tej dziedzinie, jest rzecz jasna, cudownym zbiegiem okoliczności. Zresztą, jak wszystko, co się tutaj odbywa. Jeden wielki zbieg okoliczności- tak bardzo mało prawdopodobny, że nie ma sensu analizować, co właściwie mogłoby faktycznie zaistnieć, a co zakrawa na wątek rodem z Marvela. NIE WAŻNE. Taka jest wizja szkoły przetrwania autora i TRUDNO. Niech tak będzie.

Wielkim rozczarowanie okazał się dla mnie wątek relacji głównych bohaterów. Mam wrażenie, że to po prostu nie wyszło. Absolutnie darmo szukać jakiejkolwiek chemii pomiędzy Benem a Ashley. To para fajnych, klawych ludzi, obdarzonych poczuciem humoru i rozumiejących siebie nawzajem. Ale nic poza tym. Trochę jak z... Żebrowskim i Scorubco w "Ogniem i mieczem", albo Dakotą Johnson i Jamie'm Dornanem w "sami wiecie czym". Czyli, niby coś, ale szału nie ma. Płaskie, płaskie, płaskie. Albo, ja jestem już zupełnie ślepa, albo autor tak ukrył te ich, powiedzmy "rodzące się" uczucia, że ja ich za żadne skarby nie dostrzegam. Może to tam tkwi głęboko, subtelne i tak delikatne, że moja dość toporna dusza tego nie widzi... Co jest zresztą pewnym zgrzytem, nawet jak dla tak aromatycznego człowieka, jak ja! Bo teoretycznie w tak skrajnej sytuacji, coś się powinno wykluć. Ja na to czekałam. A tu nic... No nic nie było... Dosłownie i w przenośni...

Jeśli zaś chodzi o kwestie survivalowe, to w zasadzie rzecz gustu. Mnie, szczegółowe opisy nastawiania złamanych kończyn, budowania schronów, sporządzani łuku z patyka i papierków po bakaliach (słowem, wszystkich tych elementów, które kojarzą mi się z MacGyver'em:), bardzo  nużyły. I kropka. Nie jestem w temacie, i nie obchodzi mnie to.

Ale, jeśli spojrzeć na to z innej strony. Jeśli by przymknąć oko na te schematyczności i niedoróbki, to można poddać się nieco aurze melancholii i nostalgii... Oczywiście, potrzeba trochę dobrej woli, i zapewne odpowiedniego nastawienia. To moja recenzja, więc pozwolę sobie odpłynąć. Porozmawiajmy o Miłości... Bo książka o której mówimy jest właśnie o Miłości. Pada w niej wiele wartościowych stwierdzeń, wiele prawd, które może samemu pomyśleć głupio, ale przeczytać- bardzo miło. Wiem, że to banał.  Ale akurat w tej konkretnej powieści wcale nie jest aż tak banalnie, jakby się mogło wydawać. Nasz super odważny i obdarzony niemal nadludzkimi siłami doktor mówi bardzo mądrze. A jego słowa, choć bywają gorzkie, smutne, bolesne, mogą również nieść nadzieję i poruszać skamieniałe serca. Bo powieść ta opowiada o naprawdę pięknej Miłości- mądrej, czystej, zdolnej do poświęceń, głębokiej i niewzruszonej. Ale też niespełnionej, zawróconej w połowie drogi. Takiej, która daje wszystko, ale też dosłownie wszystko odbiera...

Nie będzie, to oczywiśćie nic odkrywczego, takie historie słyszeliśmy już setki razy. Ale co nam szkodzi posłuchać raz jeszcze? Tym bardziej, że technicznie powieść jest bardzo dopieszczona. Napisana zgrabnym, odpowiednio wyważonym stylem.

Tak, moi drodzy... Nie będę mówić, że się nie wzruszyłam. Jestem tylko człowiekiem, i być może mój gust nie jest zbyt wysublimowany, ale uroniłam kilka łez. To dowód na to, że kobieta naprawdę może popadać w skrajności. Jeśli ktoś zapytałby, czy to dobra książka, odpowiedziałabym, że nie... Ale jednocześnie poleciłabym ją każdemu, kto ma ochotę na odrobinę puchowej, miękkiej melancholijnej aury, na refleksję o uczuciach, o przemijaniu, o  odpowiedzialności, o nieprzewidywalności życia, w końcu- o jego kruchości. Paradoksy i skrajności. 

I trudno nie przyznać racji autorowi... Kiedy świat zacznie się trząść w posadach, a człowiek dotrze do kresu samego siebie, zapewne o tym właśnie będzie myślał. O ludziach, których kochał, i za których oddałby życie. O chwilach, kiedy naprawdę czuł, że żyje. O zdarzeniach, które go ukształtowały. Niech, więc tych cudownych chwil będzie, jak najwięcej.

środa, 8 listopada 2017

O granicach z piasku i niestabilności istnienia... (Deborah Levy "Gorące mleko")

Dziś o książce nietuzinkowej. O książce dziwnej. O książce, którą nie łatwo zrecenzować. O książce, którą poleciłabym wszystkim, a zarazem nie poleciłabym nikomu. Kto szuka czystej, niczym nie zmąconej rozrywki, dozna zawodu. Kto szuka przygody, będzie rozczarowany. Kto oczekuje romansu, nie znajdzie go. A jednocześnie każdy, kto sięgnie po "Gorące mleko"  odkryje coś własnego, coś wyjątkowego, coś nieopisanego... Bo, żeby przyjąć to, co zawarte w tej minipowieści, nie odbić się od niej, trzeba ją wyczuć, trzeba w nią wsiąknąć i chłonąć wszystkimi zmysłami. I trzeba zanurkować bardzo głęboko. A nie jest tu bezpiecznie, ponieważ w spienionym morzu ludzkich losów, czają się bezlitosne meduzy...

Nie jestem w stanie jednoznacznie określić czy to jest dobra czy niedobra książka. Aż kusi, żeby się pozastanawiać, porozmawiać, po dookreślać, co właściwie zawiera się w definicji "dobrej" książki? Co oznacza sformułowanie "dobra" książka? Temat rzeka. Nie da się tego zrobić. Jak? Kiedy nawet nie jestem w stanie jasno zaopiniować w kwestii jednej, niezbyt obszernej historii. Ale to może być to... To może być właśnie ta książka, skoro budzi takie skrajne uczucia, tak bardzo fascynuje, chociaż momentami odpycha, tak mocno zapada w pamięć, chociaż nie jest nawet ciekawa, w tradycyjnym znaczeniu tego słowa. Jeśli ktoś zapytałby mnie czy ta książka jest dobra, musiałabym odpowiedzieć, że nie wiem... Ale pokreśliłam ołówkiem "Gorące mleko", pozaznaczałam mnóstwo cytatów, zapisałam własne mądrości na marginesie :), i od kilku dni kartkuję książkę, żeby jeszcze raz je odczytać, żeby się zastanowić, żeby przemyśleć. Oto proszę Państwa powstaje więź podmiotu  czytającego z przedmiotem czytanym... Ponieważ opinia ta będzie tak niejasna, jak sama treść...

Określenie "hipnotyzująca", które widnieje na okładce, jest bardzo adekwatne. Wiele elementów w tej książce może zahipnotyzować, zarówno na poziomie treści, jak i formy. Pozorna prostota fabuły skrywa bogactwo znaczeń, odniesień, symboli i skojarzeń. A pozornie niejednolita forma jest nietuzinkowa właśnie ze względu na ten ryzykowny, acz bardzo pociągający balans pomiędzy realizmem a oniryzmem, powagą a śmiechem. Nawet idylliczny nastrój słonecznej Andaluzji jest zmyłką. Morska bryza przynosi ukojenie tylko na chwilę, słońce bucha żarem, ubrania kleją się do ciała, a w głowach buzują emocje, doznania, pragnienia. Akcja toczy się sennie i powoli, a wewnątrz dochodzi do spięć, wybuchów, eksplozji. Coś niezwykłego. Z tym, że wszystko to pozostaje w sferze domysłów, tajemnicy, zamglone i nieco nierzeczywiste.

Weźmy za przykład chodźmy tytułowe "gorące mleko". Pojawia się ono na kartach powieści co i rusz, pod różnymi postaciami. I działa  jak zastrzyk adrenaliny. Kiedy już hiszpańskie słońce rozgrzeje nas i rozleniwi, nagle powraca do nas ta przewodnia barwa, smak, konsystencja. Znowu budzi czujność, wzmaga niepokój, uwrażliwia zmysły. Czy to ciepła, lekka mleczna pianka otulająca kubek aromatycznej kawy, czy gęste, tłuste matczyne mleko, które spływa po policzku niemowlaka, czy śnieżnobiały uśmiech dr Gómeza, czy miękkie, jedwabiste futerko jego kotki, czy w końcu zimna, polerowana, twarda, masywna i monumentalna, marmurowa kopuła kliniki. Nie trudno odgadnąć, że za każdym razem pod literalnym, dosłownym znaczeniem, kryje się coś nowego, coś do czego trzeba dotrzeć, co należy wydobyć, wyłowić, odkopać. Będą to fakty, myśli, zamiary, życzenia, marzenia, niespełnienia. Czasem dobre i kojące jak ciepłe mleko, które pozwala wieczorem usnąć, czasem zaś bolesne i parzące jak mlecznoszkliste ciało meduzy.

Styl Levy jest równie niebanalny, jak poruszana przez nią tematyka. Jej bohaterowie są trudni, ich charakterystyka- wieloznaczna, rozchwiana, koślawa. Taka też jest forma- niejednorodna, oparta na kontraście. Poetyckość miesza się z humorem, patos z potocznością. Jest w tym pewna schematyczność, czasami nawet teatralność, ale nie ma wątpliwości, że mamy do czynienia z formą o bardzo przemyślanej, celowej konstrukcji. Nie każdy odbiorca będzie usatysfakcjonowany takim układem, ponieważ lektura książki Levy wymaga sporo intelektualnego wysiłku. I nie chcę tu powiedzieć, że komuś może zbraknąć intelektualnych kompetencji:). Chodzi mi o to, że autorka wymaga od swojego czytelnika nie tylko prostej interpretacji, ale też swoistej nadinterpretacji. A że niedopowiedzeń i symboli jest sporo, to i odbiór nie jest łatwy. Powiedziałabym, że jest wręcz żmudny, ale w sensie pozytywnym, tzn. skłaniającym do intensywnego myślenia, do łączenia faktów, analizowania gry słów, odszukiwania powiązań.

Główny zrąb fabularny, czyli dziwna relacja Sofii i jej matki, to zaledwie pretekst, do przypowieści o ogromie ludzkich doznań. Główna bohaterka tworzy bowiem bardzo silne więzi z każdym napotkanym człowiekiem. Sieć relacji, zależności, wątpliwości, niepewności, pożądania, która oplata wszystkie postaci, jest skomplikowana i napięta do granic możliwości. Wszystko to za sprawą Sofii, która jest narratorką, i która bombarduje czytelnika swoimi doznaniami. Wszystkie jej wnętrzności wyłażą na wierzch, wszystkie są obnażone, rozlewają się dookoła. I drażnią, jak ostre, białe kamyczki na andaluzyjskiej plaży. Ranią, jak macki meduzy. Obracają w proch, niczym ślepia Gorgony. Parzą, jak gorące mleko... Bo taka ona jest, ta nasza bohaterka- niestabilna, nieokreślona, niezdecydowana. Mówi, że granice jej duszy są z piasku, a jej serce rozpłatane przez topór, krwawi z miłości do matki, którą kocha i jednocześnie nienawidzi...

O czym jest "Gorące mleko"? Im dłużej nad tym myślę, tym więcej  jestem w stanie wymienić. O uzależnieniu, o potrzebie wolności, o poszukiwaniu tożsamości, o pogrzebanych ambicjach, o zawiedzionych nadziejach, o zagubieniu, o porzuceniu, o miłości, o chorobie, o pożądaniu, o okrucieństwie. I to jest zaledwie początek listy...

Zachęcam do tworzenia własnych:). Zachęcam do czytania, takich właśnie książek. Niech Was porwą, pochłoną, zmienią i odkształcą!

czwartek, 19 października 2017

Pokaż kotku... co masz w środku..? ("Zaginiona dziewczyna" Gillian Flynn)

Jestem trochę opóźniona. Wszyscy przeczytali już dawno, a ja dojrzewałam i dojrzewałam. A książka się kurzyła i kurzyła. Tak się zakurzyła, że zapomniałam o niej na długie miesiące. Faktem jest, że zwłoka nie była wcale spowodowana moim lenistwem, a jedynie chęcią przymglenia nieco w pamięci filmowej adaptacji. Ponieważ ta bardzo mnie rozczarowała. Kiedy inni chwalili, ja kręciłam głową, bo świetny pierwowzór i śliczni aktorzy, dobrego thrillera psychologicznego jeszcze nie czynią...

Ale ja na filmach znam się o tyle o ile. Żałuję bardzo, że tak się niefortunnie złożyło i zobaczyłam ekranizację przedwcześnie. I przyznaję, że przeniesienie takiej powieści na duży ekran, z zachowaniem wszelkich niuansów, było po prostu niemożliwe. Ta książka pęcznieje od emocji, myśli, umysłowych pułapek, psychologicznych gierek. Tyle zakrętów, tyle zmyłek, tyle wynaturzeń. "Zaginiona dziewczyna" to bardzo, bardzo dobry dreszczowiec. Taki, po którym ma się autentyczną, duchową zgagę. Taki, który będzie nas dręczył  jeszcze długi czas po lekturze.

Zdecydowanie zawiodą się jednak ci, którzy liczą na wartką akcję i jasne diagnozy. To nie jest ten typ thrillera. Tu mamy większe wyważenie, fabuła rozwija się z pewną ociężałością. A to, czego dowiadujemy się z kolejnych stron, sprawia, że ze zdziwienia coraz  szerzej otwieramy oczy. Intryga jest majstersztykiem- tak misterna, tak wielowymiarowa, tak przemyślana. Choć na to, żeby dowiedzieć się, o co tu tak naprawdę chodzi, nie trzeba długo czekać. Emocje są zbudowane głównie na analizie charakterologicznej, wobec której fabuła właściwie zupełnie blednie. A i tak jest przeciekawa.

"Zaginiona dziewczyna" opowiada o dwoistości natury rzeczy. No dobra... Nie popadajmy w nastrój nazbyt filozoficzny, bo zapętlimy się zupełnie. Ale, tak to mniej więcej wygląda. Istnieje głęboka rozbieżność, pomiędzy tym kim jesteśmy, kim chcielibyśmy być, i tym, kim jesteśmy dla siebie samych. Flynn rozkłada ten problem na czynniki pierwsze. Robi to na przykładzie małżeństwa. Mamy więc żonę i męża, oczekiwania i rozczarowania, idee i ich marne odpowiedniki materialne, wizje i ich kiepskie odzwierciedlenie w rzeczywistości. I mamy naszych bohaterów, poddanych wiwisekcji. Ona jest oczywiście w teorii postacią negatywną, ze względu na swoje socjopatyczne skłonności, on- tym pokrzywdzonym. Ale to tylko pozory, bo tak naprawdę pozytywnych postaci tutaj nie ma...

To jest teleturniej. Gra pomiędzy małżonkami, chociaż stanowi główną oś fabularną, nie jest jedyną wartą odnotowania. Tutaj grają wszyscy. Grają bądź też odgrywają komedie, teatrzyki, udawanki, rozgrywanki. Policja, media, rodzina, przyjaciele, znajomi- wszyscy w jakiś sposób coś udają, coś sobie dopowiadają, coś inscenizują. Teoretycznie poznajemy rzeczywistość z perspektywy Nicka i Amy, ale zupełnie nie przeszkadza to w dość dokładnej analizie pozostałych wątków. Powiedziałabym nawet, że taki zabieg sprawia, iż są one jeszcze bardziej intrygujące, ponieważ nie są wypowiedziane wprost. 

Co tu dużo mówić?  "Zaginiona dziewczyna" jest świetnym thrillerem psychologicznym, z akcentem na ową psychologię właśnie. Także nie powiedziałabym, że książka trzyma w napięciu jednakowo przez całe 600 stron. Owszem, zakończenie może delikatnie zaskoczyć. Przez większą część lektury odczuwałam jednak raczej jedynie lekki niepokój i zaciekawienie. Nie było to tak emocjonujące, jak się początkowo zapowiadało (czy raczej, jak nam obiecywał wydawca). I dobrze. Książka stanowi bowiem idealny materiał do głębokich przemyśleń nad psychologią związku, chorym umysłem, uzależnieniem od drugiej osoby, i wielu zagadnień pokrewnych. I to jest właśnie jej wartość.  Tym bardziej, że historia jest niewątpliwie bardzo dobrze napisana- soczystym, zgrabnym, lekkim stylem.

Bardzo, bardzo, bardzo polecam fanom gatunku oraz wszystkim tym, którzy lubią psychologiczne rozkminy:).





poniedziałek, 16 października 2017

Po drugiej stronie krzywego zwierciadła... (Alek Rogoziński "Lustereczko, powiedz przecie")

"Drogi, kochany, niezmiernie genialny Panie Alku Rogoziński! Piszę do Pana, ponieważ Pana uwielbiam! Tak, jestem w Panu bezbrzeżnie i absolutnie głęboko zakochana... To uczucie, acz platoniczne, jest szczere i przeszywające do głębi... Gdy widzę okładkę Pana książki serce zaczyna bić mocniej, ręce drżą, a... zęby same się szczerzą. Ponieważ wiem, jestem tego pewna...  że kiedy otworzę ową książkę, polecę windą do nieba, będę najszczęśliwsza, najbardziej rozbawiona, i do głębi usatysfakcjonowana. Jeśli mężczyzna potrafi tak rozbawić kobietę, to musi coś znaczyć. Taka chemia, takie porozumienie dusz, taka symetria poczucia humoru, nie zdarza się często! Także... Kochany Alku (darujmy sobie oficjalny ton:) stoję przed Tobą obnażona, z rozmazanym makijażem, kurczowo trzymając się za brzuch, pękając ze śmiechu i czekam na więcej...".

Wiem, wiem. Nie było to ani zbyt lotne, ani zbyt mądre. Ale przecież jesteśmy tu sami swoi:). To chyba można się trochę powygłupiać? Tym bardziej, że napisałam najprawdziwszą prawdę. Po lekturze pierwszej części przygód Róży Krull byłam bardzo ubawiona, teraz jestem rozanielona. Kupuję to przaśne pudelkowo- kozaczkowe poczucie humoru. Kupuję wszystko spod pióra Alka Rogozińskiego. Od dziś zamierzam tytułować się jego psychofanką! I jestem szczęśliwym człowiekiem:).   

A mój dziwny, pokraczny styl wypowiedzi wynika oczywiście z faktu, że jestem świeżutko po lekturze "Lustereczko, powiedz przecie"" i jeszcze nie opuściłam tego, nazwijmy to górnolotnie, uniwersum.  A jestem typem człowieka, któremu ciężko łapać dystans na zawołanie, dlatego też będę zapewne wypowiadać się w tonie  bardzo pochwalnym. No więc będę chwalić, będę opiewać, będę polecać!

Ustalmy od razu, gdzie jesteśmy. Ponieważ jest to miejsce, w którym bezzwłocznie należy poluźnić gumę w gaciach, i przestać się spinać. Znajdujemy się po drugiej stronie lustra, w świecie krzywym, poskręcanym, komicznym i buńczucznym. Dla mnie jest to uosobienie plotkarskiego, brukowego "szołbizu". I można sobie gadać do woli, i można się upierać, że to niegodne, że w ogóle kto to czyta? A fe! Ale niech ktoś powie, że to nie jest po prostu śmieszne! Ja się od razu przyznaję... To jedna z moich licznych słabości... Przeglądam nałogowo portale plotkarskie pokroju Pudla, Kozaka i pokrewne. Wiem kto, z kim i dlaczego, rozróżniam celebrytów, klikam wszelkie chwytliwe tytuły. I ktoś mógłby to nazwać stratą czasu, a ja to nazywam bezrefleksyjną rozrywką.

I może dlatego, te kryminalne komedie, dają mi tyle radości.  Tym razem na tapecie jest zjawisko, które uważam za skrajnie głupie (rzekłabym nawet "durne", ale staram się panować nad kolokwialnymi naleciałościami mojej wiejskiej skądinąd duszy), czyli konkursy piękności.  Dla mnie to podwójna dawka śmiechu. Ale na temat treści nie zamierzam się tutaj rozpisywać. To trzeba po prostu przeczytać. Niemniej, mogę polecić "Lustereczko..." z czystym sumieniem. Każdy, kto polubił się z autorem przy okazji wcześniejszych publikacji, teraz również będzie zadowolony.

Chciałabym jednak, po raz kolejny, zwrócić uwagę na fenomenalny styl i świetne wyważenie książki. Jak to się przyjemnie i lekko przyjmuje! Język jest oczywiście przerysowany, dialogi- rubasznie prześmiewcze, opisy- groteskowo rozchwiane, ale wszystko trafione w punkt. W sam raz zabawne, jak raz celne i uroczo naiwne. I chociaż wiadomo, że śmiejemy się z pewnych zjawisk, miejsc, ludzi (i to bardzo konkretnych ludzi), to nie jest to  coś zjadliwego, przesadnie obraźliwego czy obelżywego. Bardzo mi taka forma odpowiada. To jest taki rodzaj humoru, który tylko udaje prostacki i arogancki, a w rzeczywistości jest puszysty, mięciutki i dobroduszny.

No i tak. Ja jestem usatysfakcjonowana. Ani Róża Krull, ani Alek Rogoziński nie zawiedli moich oczekiwań. Bawiłam się przepysznie, dostałam dokładnie to czego oczekiwałam. Spędziłam kilka miłych, cudnych godzin nad lekką, podbarwioną ironią, trochę demaskatorską, trochę parodiującą, ale przede wszystkim rozluźniającą, lekturą. I wcale nie musiałam przy tym wyłączać myślenia, bo to nadal jest dobra literatura na poziomie! Puszczam książkę w obieg! Ja jestem zadowolona, niech inni też się pośmieją:).

P.S. Polecam gorąca również pierwszy tom przygód Róży, którego recenzja znajduje się tutaj: http://hanazaczytana.blogspot.com/2017/07/very-amejzing-polisz-krajm-story-alek.html